Alonim: sielanka na skraju przepaści

tekst: Marta Arava Greenshpon, kibuc Alonim, północny Izrael

W naszym kibucu pojawiają się tu i ówdzie nowe twarze – to uchodźcy z terenu leżącego wzdłuż Strefy Gazy oraz przesiedleńcy z północnej granicy kraju z Libanem. Ich twarze mają różne odcienie emocji: niepokoju, troski, smutku, braku pewności siebie.

Szum wentylatora przerywany dudniącym odgłosem silnika odrzutowego z pobliskiego lotniska. Ciężkie drzwi pokoju typu “mamad” z uzbrojonymi ścianami i metalową klamrą na żelaznej okiennicy. Spokojne twarzyczki moich śpiących chłopców, pozornie nie mających pojęcia o naturze sytuacji, ale wyczuwających instynktownie zmianę nastroju i niepokój bijący od otaczających ich dorosłych. 

Milion myśli pędzących przez moją zmęczoną głowę.

Facebook z brutalną ścianą płaczu pełną nieznanych mi zaginionych, zamordowanych lub zaginionych osób, które powoli stają się znajome, prawie bliskie. Tu i tam brat, syn lub mąż osoby mi znanej. Czuję pustkę i życzę wszystkim w myślach bezpiecznego powrotu do domu.

Whatsapp z nieprzerwanie migającym ekranem nowych wiadomości, będących częścią niesamowitej ogólnokrajowej akcji humanitarnej wspierającej żołnierzy i rodziny najbardziej poszkodowane. W wiadomościach: opcje tymczasowego mieszkania w bezpieczniejszym regionie, żywność i rzeczy tak trywialne jak śpiwory, podpaski czy skarpety dla walczących na froncie. Wszystko naprędce zorganizowane przez cywili: ludzi, którzy nie potrafią siedzieć i patrzeć przez palce, jak ukochany, choć i tak podzielony kraj obraca się w pył. Ludzi, którzy pomimo opieki nad małymi dziećmi – albo partnerami czy dziećmi na froncie – znajdują czas, by swoją energią i poświęceniem wspomóc ojczyznę najbardziej ludzkim odruchem bezinteresownej pomocy.

Chociaż od Strefy Gazy dzieli mnie prawie 200 km, śpię z dziećmi w schronie, w domu siostry mojego męża. Pomimo braku wibrującego odgłosu alarmu i pozornie idyllicznych dni spędzonych na łonie natury w kibucu, wszystko, co słyszę, widzę i czuję przypomina mi o wojnie. Wiem, że to, co dzieje się na południu kraju może za chwilę stać się moją rzeczywistością. 

W naszym kibucu pojawiają się tu i ówdzie nowe twarze – to uchodźcy z terenu leżącego wzdłuż Strefy Gazy oraz przesiedleńcy z północnej granicy kraju z Libanem, gdzie Hezbollah rozpętał drugi front śmiertelnej rozgrywki. Ich twarze mają różne odcienie emocji i przeżytych wydarzeń. Rodzina goszcząca w domu obok jest pełna niepokoju, na ich obliczach widać troskę, smutek i brak pewności siebie.

Dzieci ze starszej grupy czyszczą schrony publiczne w kibucu. Wolontariusze przygotowują mieszkania na przyjęcie kolejnej rodziny – nie wiem, czy tym razem z południa czy z północy kraju. Pomimo realnego zagrożenia spędzamy dużo czasu z dziećmi na świeżym powietrzu – bawiąc się, nie słyszą rozmów dorosłych, pełnych krwawych faktów, niepokoju czy obawy o przyszłość. Oprócz ofiar w ludziach, tym razem wojna niesie ze sobą rozterki finansowe związane z brakiem możliwości zarobkowych, emocjonalne wycieńczenie i stres, depresję i obawę o jutro.

Huśtawka nastrojów. 
Stan bezsilności i wrażenie stania na skraju przepaści.
Obawa, że nasza niepewna, starannie utkana bańka zaraz pęknie. 
Strach miesza się ze smutkiem, znajduje ujście we frustracji i gniewie. 
Smutek otula złamane serce, ból znajduje ujście w czynnej pomocy innym.
Izrael jest moją drugą, wybraną ojczyzną. 

Ojczyzną daleką od ideału, skomplikowaną, pełną sprzeczności. Pełną burzliwej natury i wybuchowej mentalności, ale i ludzi z sercem wielkim i szczerym. Ludzi, którzy nie zasługują na rzeź, której doświadczają w chwili obecnej.

Czasami myślę, że to zły sen, który zaraz się skończy. Przecieram oczy, ale on trwa, a wraz z nim tragedia setek ludzi utraconych i tych, którzy utracili. Nikt nie powinien doświadczyć takiej tragedii i straty.

Staram się unikać oglądania filmików pokazujących naszą wojenną rzeczywistość, ale przez przypadek obejrzałam jeden, którego nie mogę wyrzucić z pamięci – drobny, może 8-letni chłopiec porwany przez Hamas, stoi na piaszczystym placu, a palestyńscy chłopcy popychają go rękami i kijami, nazywając “tchórzliwym Żydem”. Chłopiec stoi wpatrzony w ziemię powtarzając “ima, ima” [mamo, mamo] głosem tuczącym serce każdej matki na tysiąc kawałków. Nie potrafię zatrzymać łez. Gdy przestaję płakać, obraz ten zawsze przypomina mi migawki z Holokaustu i nie potrafię zrozumieć, dlaczego świat godzi się na to po raz kolejny. Taki wstyd. 

Patrzę na moje śpiące dzieci. Na ich ufne twarze i rozluźnione snem ciałka. 

Nie chcę nawet myśleć o tym, co przeszła matka tego chłopca z filmu. 

Zamykam oczy. 
Liczę na lepsze jutro. 
Dla nas wszystkich.

numer 09 i 10
Agata Shteinberg

Co by było, gdyby

W pierwszym dniu wojny w południowym Izraelu zginęło ponad 1300 osób. Byli i tacy, którym udało się wyjechać na chwilę przed tym, zanim rozpętało się piekło. Niby umknęli śmierci, ale jak dalej z tym żyć?

PRZECZYTAJ »

Autor

  • Marta Arava Greenshpon

    (ur. 1982) - absolwentka etnolingwistyki, na co dzień zajmująca się tłumaczeniem i kompleksowym projektowaniem stron internetowych. Pasjonatka języków, natury, rękodzieła i Izraela. Żona Odeda, dumna mama Oza i Liama.