Co by było, gdyby

z Agatą Shteinberg rozmawia Karolina van Ede-Tzenvirt

W pierwszym dniu wojny w południowym Izraelu zginęło ponad 1300 osób. Byli i tacy, którym udało się wyjechać na chwilę przed tym, zanim rozpętało się piekło. Niby umknęli śmierci, ale jak dalej z tym żyć?

Wiem, jak trudno ci mówić o tym, co się stało, więc tym bardziej dziękuję ci za rozmowę.

Gdybyś zadzwoniła do mnie kilka dni temu to pewnie bym odmówiła. Łzy leciały mi po policzkach jak tylko zaczynałam do tego wracać. Teraz już nie mam siły płakać. Chyba już zawsze będę miała w sobie ten smutek. To najlepsze słowo. Bo nie czuję nienawiści, tylko właśnie smutek.

Opowiesz o tym, co przeżyłaś?

Moi teściowie mieszkają w Sderot (miasto położonego kilometr od granicy z Gazą). Mój synek był u nich przez 4 dni, aż do piątku 6 października. Zastanawialiśmy się, czy nie powinien u nich zostać do soboty. Ale zbliża się jesień, wciąż jest ciepło, więc postanowiliśmy wybrać się na plażę i w tym celu zabraliśmy go wcześniej do domu. Następnego dnia zaatakowane zostało południe kraju, a wraz z nim Sderot. Co by się stało, gdyby ten atak wydarzył się dzień wcześniej? A co, gdyby mały został tam o jeden dzień dłużej? Boże, co by się stało..?

Ktoś mi powiedział, że muszę patrzeć na pozytywną stronę, że przecież jest cały i zdrowy. Ale ja nie potrafię. Nie umiem przeżyć, że on mógł tam być, że mogło mu się coś stać. Widziałam zdjęcia worków z małymi ciałkami… wielkości mojego synka. Przez cały czas mam to przed oczami. Chyba nigdy jeszcze tak wiele razy nie powiedziałam mojemu synowi, że cieszę się, że go mam, że go kocham.

Czuję rozżalenie – na rząd, na cały świat. Powinniśmy być źli na cały świat, nie tylko na Hamas.  Bo to nie jest tylko nasz problem, to jest problem całego świata. Jestem zła!

Gdy zaczęła się masakra, Twoi teściowie wciąż byli w Sderot.

Tak, byli w swoim domu. Weszli do schronu i siedzieli w nim zamknięci przez 36 godzin. Przez pierwsze 24 godziny w ogóle z niego nie wychodzili. Co dwie minuty leciały na nich rakiety, na ulicach trwały regularne walki między terrorystami a policją i wojskiem.

Jak dowiedziałaś się o tym, co się stało?

Rano dostałam wiadomość od koleżanki, a w niej to pierwsze video, które się pojawiło w mediach – z terrorystami jeżdżącymi po mieście białym pickupem. Obudziłam męża i pokazałam mu filmik. To konkretne z filmiku jest z miejsca oddalonego od nich o 5 minut spacerem. Niedługo potem jeździli po ulicy moich teściów! Mąż najpierw nie uwierzył w to, co widzi, a potem uspokoił mnie, że na pewno zaraz zostaną zabici przez wojsko. Zadzwoniliśmy do teściów, ale nikt jeszcze niczego nie wiedział, było tuż po 8:00. Bliscy mówili, że faktycznie coś się dzieje, słyszeli strzały, ale zakładali, że to na pewno policja strzela do intruzów. Dla nich w końcu jest to element codziennego życia. Wstają rano i wcale nie dziwi ich, że trzeba biec do schronu, bo wyją syreny.

W niedzielę wieczorem pozwolono im opuścić miasto. Przyjechali do nas z siatką z rzeczami na dwa dni. To się zaraz skończy – powiedzieli – to nic takiego. Jest coś takiego w Izraelczykach, że przyjmują takie wydarzenia jako prawie normalne epizody, i kontynuują swoją codzienność.

Co skłoniło cię do decyzji o wyjeździe do Polski?

Na drugi dzień od wybuchu wojny bałam się wyjść z domu. Na co dzień mieszkamy w Jaffie. Miejscowi Arabowie byli nawoływani do powstania. Działa też lokalna mafia, która jest uzbrojona. Jeśli zdecydują się zaatakować, to na ulicach dojdzie do strzelanin. Moi sąsiedzi, Arabowie, są bardzo miłymi ludźmi, ale mają wiele pretensji do Izraela, są źli na jego politykę. Dlatego nie czułam się tam bezpiecznie. Może gdybym mieszkała w północnym Tel Awiwie to jednak byśmy zostali. Ale zrobiłam rachunek: wojna na południu, zagrożenie z północy, niepewność w Jaffie – i już jechałam na lotnisko z moim synkiem. On nie może tu zostać! Nie może widzieć ani słyszeć takich rzeczy! Dla niego to tylko wycieczka do Polski. Przylecieliśmy pierwszym samolotem, który przysłał polski rząd, za co zresztą jestem naprawdę wdzięczna. Cała akcja była szybko i sprawnie zorganizowana. Mały był podekscytowany tym lotem. I chcę, żeby tak zostało. Ten wyjazd był właściwie dla niego.

Czujesz się teraz w pełni bezpiecznie?

Choć jesteśmy w bezpiecznym miejscu, nadal martwię się, że może nam się coś stać. Ale tutaj to zagrożenie widzę ze strony osób postronnych, którzy nienawidzą Izraela, Żydów. Wczoraj byliśmy w centrum handlowym i weszło czterech mężczyzn, którzy mówili po arabsku. Przestraszyłam się, że usłyszą hebrajski mojego synka. Od tamtej pory proszę go, żeby mówił tylko po polsku. Po prostu boję się, że może nam się coś stać poza granicami Izraela.  To jest straszne, że uciekłam przed wojną, a nadal czuję się zagrożona. W tej chwili chyba nigdzie nie jesteśmy tak naprawdę bezpieczni.

Spotkałam się też z negatywnymi komentarzami w sieci. Ktoś napisał, że jeśli mi się tu nie podoba, to może mi kupić bilet powrotny. To już nie ma znaczenia, że nie jestem Żydówką. Żydów się nienawidzi “by default”, takie odnoszę teraz wrażenie.

Ale chcę też powiedzieć też o czymś pięknym. Tutaj na miejscu, jak przyjeżdżamy latem, zawsze wysyłam synka do pewnego przedszkola. Gdy tylko wylądowaliśmy, pracownicy i rodzice sami się do nas odezwali. Przyjęto nas z otwartymi rękoma. Bez żadnych pytań. Ponieważ wyjechaliśmy nagle, nie wzięłam ze sobą zbyt wielu rzeczy. Dostaliśmy od rodziców worki ubrań dla małego, niektóre używane, a niektóre nowe. A ja dostałam kartę podarunkową na 1000 złotych, żebym mogła się ubrać. Przecież ci rodzice nawet nas dobrze nie znają. Wszyscy dzwonią i pytają, jak mogą pomóc. Dają znać, że są na placu zabaw i może się dołączymy. To jest piękne przecież. Ta dobroć, której doznałam w Polsce.

Czy twój mąż został w Izraelu?

Został, choć nie powołano go do wojska. Na szczęście dla mnie. Dla niego to niezmiernie ważne, żeby teraz być w Izraelu i dać z siebie wszystko – dla swojego kraju, dla swojego narodu, który dla niego jest wszystkim. Pomaga, udziela się w przeróżnych akcjach pomocowych, kilka razy oddał już krew, wpłaca pieniądze na przeróżne cele.

Ja natomiast staram się tutaj dawać świadectwo. Opowiadać o tej historii, mówić o faktach, o tym, co przeżyliśmy.  Kiedy słyszę od kogoś, że Izrael zabrał Palestyńczykom państwo, to zadaję pytania. I w odpowiedzi słyszę, że tak naprawdę ludzie nie znają całej tej historii, nie wiedzą, nie czytali. Kiedy opowiadam, zaczynam rozumieć, że sama jestem teraz częścią tego wszystkiego. Nigdy nie czułam aż takiej więzi z Izraelem jak teraz. Zawsze byłam krytyczna wobec polityki Izraela, ale dziś czuję, że to jest też moja historia. Ze gdybyśmy wtedy nie wrócili do domu…

Rozmawialiście z teściami o ich wyjeździe ze Sderot?

Mieszkają tam od 25 lat. Teraz na czas wojny przenieśli się do nas, do Jaffy. Jednak dla nich konflikt to codzienny kawałek chleba: żyją w cieniu spadających rakiet. Od czasu do czasu ktoś ginie w tych ostrzałach.

Zwróciłam uwagę na to, że ci, którzy wyjechali po wybuchu wojny, to teraz głównie nowoprzybyli, tacy, którzy zrobili aliję 15 lat temu i później. Ci, którzy tam są dłużej albo tam się urodzili, nie wyjeżdżają. Ja jeszcze teraz podskakuję, gdy słyszę jakiś głośny dźwięk albo coś, co przypomina syrenę – a przecież sama nie przeżyłam tego koszmaru, co ludzie na południu. Ale Izraelczycy z długim stażem są silni, zahartowani. Zupełnie inaczej przyjmują tą sytuację niż ja.

Jak myślisz, skąd ta różnica?

Absolutnie. Izraelczycy mają taka jakąś grubą skórę. I ta skóra jest dla mnie zbyt gruba. Koleżanka mojej teściowej straciła właśnie męża, a jedynym jej komentarzem było takie izraelskie wyrażenie “ein ma la’asot” (no i co zrobisz). Po prostu westchnęła i wróciła do swoich zajęć. To oczywiście nie jest wyraz bezduszności – to ich sposób na radzenie sobie z tym wszystkim. Ja nie potrafię teraz oglądać wiadomości, a mój mąż siedzi przed ekranem cały czas. Jego zachowania, reakcje po tym, jak wychowywał się w Sderot, są zupełnie inne niż moje. Pod tym względem jesteśmy zupełnie inni.

Wrócicie do Izraela?

Nie wiem kiedy wrócę, bo po prostu się boję. Boję się o egzystencję w tym kraju. Dopóki nie dostaniemy zielonego światła od rządu, że wszystko jest już w porządku. Nie usłyszymy zapewnienia, że Hamas nam juz nie grozi. W mediach społecznościowych cały czas widzę posty moich znajomych, którzy stracili kogoś na wojnie. Mnie to zwykle nie dotyczyło. To było gdzieś daleko, a teraz nie ma chyba w Izraelu nikogo, kto nie znałby kogoś, kto stracił bliskiego czy przyjaciela.

Nie przestaję myśleć co by było, gdyby…  Przecież to mógł być mój synek albo ja, albo mój mąż czy jego rodzice. A może nawet wszyscy razem.

Nie wyobrażam sobie, że w tej chwili mogłabym żyć w Izraelu. Przynajmniej do czasu, aż będzie wystarczająco cicho i spokojnie na nasz – nie taką grubą przecież jak Izraelczyków – skórę.

numer 09 i 10
Agata Shteinberg

Co by było, gdyby

W pierwszym dniu wojny w południowym Izraelu zginęło ponad 1300 osób. Byli i tacy, którym udało się wyjechać na chwilę przed tym, zanim rozpętało się piekło. Niby umknęli śmierci, ale jak dalej z tym żyć?

PRZECZYTAJ »

Autorzy

  • Agata Shteinberg

    (ur. 1985 r) - Polka od 10 lat mieszkająca w Izraelu. Mieszkanka Yafo - arabskiej części Tel Awiwu. Pasjonatka podróży i odkrywania innych kultur. Mama Leosia, żona Dimy. Izraelka z wyboru.

  • Karolina van Ede-Tzenvirt

    (ur. w 1977 r.) dziennikarka, prelegentka i prowadząca program kulinarno - kulturowy o Izraelu „Feesten & Falafels” w holenderskiej telewizji Family 7 . Redaktorka „Kalejdoskopu” i wydawczyni portalu. Autorka przewodników po Izraelu oraz książki „Zostawić za sobą świat. O poszukiwaniu tożsamości”. Mieszka w Izraelu od ponad 20 lat.

    karolina.vanedetz@kalejdoskop.co.il van Ede-Tzenvirt Karolina