Garb diasporyczny

Ryszardem Löwem
rozmawia Karolina Przewrocka-Aderet

Ryszard Löw, znawca i krytyk literatury polskiej – Do dziś trudno mi zrozumieć: jak to się stało, że osoby, które przyjechały do Izraela, debiutowały literacko po polsku. Dostanie się do hebrajskiego obiegu literackiego było bardzo trudne – zresztą nie było wśród nas zbyt wiele osób aspirujących do dwujęzyczności. Ja w każdym razie bardzo szybko z tego zrezygnowałem. 

Jadąc dziś do Pana zastanawiałam się, gdzie właściwie się spotkamy. W Tel Awiwie, w Krakowie, czy gdzieś na styku tych światów?

Tak właśnie – na styku. To wypadkowa, w której żyję w Izraelu od kilkudziesięciu lat. Bo do tego kraju wcale nie przyciągnęła mnie jego izraelskość. Przyjechałem tu z Paryża, w młodym wieku, z bardzo kiepskim samopoczuciem. Potrzebny był mi świat, w którym każdy żyje jak chce. A tu były już silne środowiska polskie, rumuńskie, węgierskie, niemieckie – i ja, mimo, że należałem do tych, którzy mocno związali się już z językiem hebrajskim, chciałem stać się ich częścią. Pociągała mnie przede wszystkim możliwość rozwoju moich zainteresowań językiem i kulturą polską. 

Czym jest dzisiaj dla Pana język polski?

Nieprzerwanie od lat tym samym: jest mną. Moim ogniem i powietrzem. Chociaż potrafię się porozumieć w jeszcze paru innych językach, to polski jest dla mnie podstawą. W żadnym – ani hebrajskim, ani francuskim czy rosyjskim nie potrafię swobodnie pisać. Każda inna próba, poza pisaniem po polsku, wychodzi mi sztucznie. Kiedyś taką podjąłem, ale w końcu zaniechałem starań, bo uznałem, że mnie to nie interesuje. Jestem bardzo polonocentryczny i stale temu wierny. Literatura polska miała różne okresy, czasami niespecjalnie rajcujące – a mnie to zawsze interesowało. 

Czy Pana dzieci mówią po polsku?

Nie.

Dlaczego?

Żona była Bułgarką, i szybko – tak się przypadkiem zdarzyło – nauczyła się polskiego. Rozmawialiśmy w tym języku, gdy nie chcieliśmy, żeby dzieci nas rozumiały. Żona po zaledwie kilku dniach w Krakowie mówiła już zupełnie swobodnie. A dzieci? Dbałem o to, żeby od drugiej klasy szkoły powszechnej uczyły się języka angielskiego. Uznałem, że ten polski garb, który niosę przez całe życie, musi zostać odcięty, gdy moje pokolenie przeminie. Dość już tego.

Garb?

Diasporyczny. Mojego własnego odciąć już nie potrafię, nawet nie chcę. 

Powiedział mi Pan kiedyś, że ten garb to “siedzenie ciałem w Tel Awiwie, a głową w Krakowie”. Kiedy Pan tęskni w języku polskim, to za kim? Za przyjaciółmi, Krakowem? Bardziej za krajem czy za ludźmi?

Za ludźmi i Krakowem. Jak ja strasznie za nim tęsknię..! Ostatni raz byłem tam z dziećmi w 2017 r. Pamiętam, jak kilkadziesiąt lat wcześniej strasznie męczyłem moją matkę, krakowiankę. Mówiła mi: – Rysiu, nie męcz mnie, zobaczysz, jeszcze będziesz chodził po Krakowie. Ja jej wierzyłem, choć żadnych wyraźnych rys jeszcze nie było na komunistycznym żelbetonie. Składałem wówczas wiele próśb o przyznanie mi wizy, dostawałem odmowne odpowiedzi. Na szczęście nikt nie podsunął mi myśli, bym zwrócił się z prośbą o zaproszenie do któregoś z przyjaciół – przecież byłoby to strasznie kłopotliwe dla wszystkich i sprowadziłoby uwagę służb.

Przyjechał Pan do Izraela w latach 50. Na miejscu tworzył się już specyficzny, polskojęzyczny ferment literacki. Ulica Allenby obrosła polskimi księgarniami, a ludzie przybywali po książki nawet z północy kraju. Z czego wynikała ta potrzeba polskiego słowa?

Do dziś jest to dla mnie niezrozumiałe: jak to się stało, że osoby, które opuściły Polskę, przyjechały do Izraela, znalazły w nowej ojczyźnie sposób na życie – debiutowały literacko po polsku. Jest sporo osób, które w Polsce w ogóle nie pisały, albo były zbyt młode, gdy wyjeżdżały, albo porzuciły to i debiutowały dopiero w Izraelu – w języku polskim. Zresztą ten fenomen nie dotyczył tylko nas, Żydów polskiego pochodzenia. Pamiętam wielu znakomitych poetów z Rumunii, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. 

Te księgarnie przy Allenby były też w dużej mierze wypożyczalniami, bo do ‘56 roku oficjalnego dopływu nowych książek nie było, ludzie najwyżej dostawali je prywatnie w paczkach. Ale w Izraelu były już fundamenty, bo tu polska książka i możliwość jej wypożyczenia były już wcześniej, jeszcze przed wojną o niepodległość. Książki przybyły tu wraz z Armią Andersa. Na chwilę rozkwitło wówczas polskie życie literackie. Potem, po wyjeździe Polaków i przybyciu pierwszy aliji, ono powróciło. Zaczęto zakładać pisma: pierwszy dziennik powstał w 1953 r. Ciągnęło ludzi do języka, do tego, co w nim mogli wyrazić i co w nim poznali. Tutaj, w Izraelu, znaleźli możliwość ekspresji. 

Ostatni numer Nowin Kuriera ukazał się w 2009 r. – przecież to szmat czasu. W tym czasie większość osób, które tu przyjeżdżały z minionymi alijami, świetnie już znała język hebrajski. Nie potrzebowały już informacji z Izraela w języku polskim. 

Tak, to było dziwne. Znałem osoby pochodzące z Polski, które nie jeździły tam nawet wtedy, gdy granice były już otwarte. Na co dzień czytały prasę hebrajską. Ale gdy nadchodził piątek, kupowały weekendowe wydanie polskiej gazety. Chciały wiedzieć, co też się dzieje w naszym polskojęzycznym grajdołku. 

Co to był za “grajdołek”?

Przede wszystkim były to nasze ziomkostwa. Powiedziałbym, że to krakowskie było bardziej wyrafinowane kulturalnie. Nadal jest, aktywnie działa, ale w tej chwili właśnie się kończy – ludzie z pierwszego pokolenia już właściwie odeszli, z drugiego – tacy jak szefowa ziomkostwa, Lili Haber – są już w sile wieku. W trzecim pokoleniu ludzie już zwykle nie mają osobistego stosunku do kraju pochodzenia dziadków. Kiedy przyjechałem do Krakowa po trzydziestu siedmiu latach, gdy mi wreszcie na to pozwolono, miałem wrażenie, że kamienie uliczne mnie pytają: dlaczego tu tak długo nie byłeś? Czemu o nas zapomniałeś? A ja o nich nigdy nie zapomniałem. Poza tym więzy z Polską istnieją przede wszystkim dzięki osobistym relacjom. Tak długo jak mam w Polsce przyjaciół, do których regularnie dzwonię, to one mają sens. Wtedy, w 1986 roku, zastanawiałem się, jak po tylu latach rozmawiać z przyjaciółmi, z którymi utrzymywało się wyłącznie kontakt korespondencyjny. Ja w tym nie byłem zbyt dobry. Równolegle doszliśmy do wniosku, że powinniśmy rozmawiać ze sobą w taki sposób, jakbyśmy się wczoraj wieczór w kawiarni pożegnali. Po latach Kraków wyciągnął do mnie ręce, objął mnie, ułatwił mi to wszystko. Dostałem nawet wysokie odznaczenie, zostałem członkiem Polskiej Akademii Umiejętności, byłem zapraszany na konferencje.

Rozumiem, że w Tel Awiwie częściowo Pan ten Kraków odnalazł.

Ziomkostwo krakowskie bardzo szybko się zawiązało, a absolwenci krakowskiego Gimnazjum Hebrajskiego szefowali świetnemu gimnazjum w Tel Awiwie. Stworzyli w nim muzeum Krakowa – co stało się taką podstawą materialną dla pamięci o mieście urodzenia. Od czasu do czasu z okazji świąt żydowskich – Chanuki, Pesach – organizowano w nim wieczory literackie, deklamowano poezję polską lub polską w przekładach hebrajskich, zapraszano polskich pisarzy i intelektualistów, oczywiście na tyle na ile to było możliwe.

W latach 50. w Izraelu rozwinął się rynek literacki. Polscy i żydowscy autorzy publikowali książki w języku polskim, wśród nich: Ida Fink, Irit Amiel, Natan Gross. O czym się wtedy pisało, co było ważnym tematem?

Ważny był garb okupacyjny, holokaustowy, i wszyscy pisarze o niego zahaczali. 

Niektórzy z nich w ogóle nie nauczyli się hebrajskiego i tworzyli tylko po polsku, np. Leo Lipski.

Zgadza się. Pisarzy dwujęzycznych w ogóle było mało. Natan Gross, Józef Bau… Dostanie się do hebrajskiego obiegu literackiego było bardzo trudne – zresztą nie było wśród nas zbyt wiele osób aspirujących do dwujęzyczności. Ja w każdym razie bardzo szybko z tego zrezygnowałem. 

Dla wielu przybyszów z powojennej Polski pierwszym językiem był jidysz. Jestem ciekawa, czy istniała jakaś wspólnota osób pochodzących z jednego kraju, ale mówiących w dwóch językach – jidysz i polskim? 

Ruch syjonistyczny zwalczał język żydowski – to był bowiem symbol diaspory, którą ruch chciał ostatecznie zakończyć. Owszem, przyjeżdżali tu pisarze piszący w tym języku. Były czasopisma, był dziennik, były pisma literackie – ale to był taki sam margines jak w przypadku języka polskiego, rumuńskiego czy niemieckiego – w stosunku do hebrajskiego. Nic więcej nie mam na ten temat do powiedzenia, nie znam jidysz, i przez bardzo długi czas byłem do tego nastawiony negatywnie. Musi pani wiedzieć, że istniał pewnego rodzaju antysemityzm ludzi zasymilowanych. 

W jakim sensie?

Niechęć do mas żydowskich, które w olbrzymich ilościach mówiły w jidysz. Nie miałem nic do ludzi, ale nie byłem przychylny językowi. Nie miałem też żadnych, poza jednym wyjątkiem, kontaktów intelektualnych
ze światem jidyszowym. 

W 1968 roku powstała polska sekcja Związku Pisarzy Hebrajskich.

To był pomysł Miriam Akavii, wówczas członkini Związku Pisarzy Hebrajskich. Widziała, że się w federacji organizują pisarze różnych języków, i zgłosiła się do Anity Jasińskiej i Renaty Jabłońskiej. Byłem podpisany na akcie powołania sekcji, ale nie byłem jej pomysłodawcą. Miałem natomiast smykałkę organizacyjną, zostałem więc pierwszym prezesem tego związku, zanim nastąpił jego rozłam. Jeszcze z Krakowa znam taki dowcip: Trzech Żydów reprezentuje pięć partii politycznych. Otóż w Izraelu okazało się, że to wcale nie jest dowcip, i ta sytuacja była tego przykładem Jedną z najważniejszych rzeczy, którymi się zajmowaliśmy, było wydawanie „Konturów”. Pod moją redakcją “Kontury” stały się pismem rocznikowym. Zawierały dużo materiałów istotnych dla polskojęzycznego życia literackiego w Izraelu. 

Kontury wyróżniały się poziomem, promowały literaturę. Oprócz nich na rynku działało wiele innych tytułów, w tym gazety codzienne – typu „Nowiny-Kurier”. 

Aleksander Klugman zapewniał, że poza Izraelem „Nowiny-Kurier” są uznawane za najwybitniejszy dziennik emigracyjny w języku polskim. Oczywiście, i tu zastosowanie miała zasada: tak krawiec kraje jak mu materii staje. Ale wydanie specjalne w piątek były przygotowywane starannie, publikowano dobre artykuły, często tłumaczono lepsze teksty z hebrajskiego. 

Wychodziło też czasopismo „Od nowa”, wydawane na wysokim poziomie przez Mapam, czyli najbardziej lewicową partię w obrębie ruchu syjonistycznego. Publikowano długie, ciekawe, rozprawy, sam też ogłaszałem tam swoje artykuły, miałem nawet swoją rubrykę – „Notatki z lektury”. To było przystępne pismo, bardzo poczytne, ludzie żałowali, że zostało zamknięte, no ale czytelnicy odchodzili. Najbardziej żywotną arterią każdego czasopisma są nekrologi. W pewnym momencie ludzie woleli je ogłaszać w prasie hebrajskiej.

Co się dzieje obecnie ze związkiem? Kilka lat temu mówił mi pan, że go nie wyrejestrował.

Funkcjonuje na papierze. Jest fikcją.

Może nie musi pan wyrejestrowywać. Przyniosłam Panu pierwszy numer “Kalejdoskopu”, naszego pisma. Pierwszego polskojęzycznego od wielu lat. Może ta historia jeszcze się nie kończy? 

To, co było, już nie wróci. Myśli pani, że wystarczy wam czytelników? Chociaż….słyszałem, że publikujecie też w internecie. A o treści pierwszego numeru dowiedziałem się od zaprzyjaźnionej osoby z Białegostoku. Także to nie jest chyba taka całkiem kameralna historia. 

Nie widzi pan szansy w młodym pokoleniu? 

Nie. To pokolenie nie czyta książek, nie czerpie z nich wiedzy. Młodzi czytają internety. Dziś czyta się bardziej konkretnie: książki związane z własną rzeczywistością, z własnym kręgiem kulturowym. Kiedyś książka była podstawą kultury. W moich oczach ona nadal jest, ale może się mylę. Bo ja jestem już krótkowzroczny.

Autorzy

  • Karolina Przewrocka-Aderet

    (ur. w 1987 r.) – redaktor naczelna „Kalejdoskopu”, dziennikarka, stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. Autorka „Polanim. Z Polski do Izraela”. Współautorka antologii „Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny” oraz – wraz z ks. Adamem Bonieckim – książki „W Ziemi Świętej”.

    Przewrocka-Aderet Karolina
  • Ryszard Löw

    (ur. w 1931 r) – znawca literatury polskiej, krytyk literacki, publicysta, bibliograf. Z pochodzenia krakowianin, od 1952 r. mieszkający w Izraelu. Autor wielu książek poświęconych literaturze (m.in. “Pod znakiem starych foliantów”, “Literackie podsumowania polsko-hebrajskie, polsko-izraelskie”) i artykułów m.in. w prasie polskojęzycznej w Izraelu. Pierwszy przewodniczący polskojęzycznej sekcji Związku Pisarzy Hebrajskich.