Jerozolima: mój dom jak twierdza

tekst Karolina van Ede-Tzenvirt

Przyjaciółka pakuje synom ubrania do wojskowych plecaków. Jeden jedzie na południe, drugi na północ. Mają zaledwie po 18 i 19 lat. Na co dzień służba w wojsku wydaje się zabawą: treningi, weekendy w domu i karabin na pasku na randce. Ale teraz to jest wojna, proszę pani. Tu nie ma żartów. Twoje dzieciaki właśnie jadą na rzeź.

Dzień pierwszy

– Niech ktoś wreszcie wyłączy ten alarm w samochodzie! – ze snu wyrywa mnie natrętny dźwięk, który nie chce się skończyć. I nagle dociera do mnie, co słyszę. Wiem przecież, aż za dobrze, jak brzmi syrena ostrzegająca przed zbliżającymi się rakietami.

Kompletna konsternacja. Ale jak to? Sobota, święto Simchat Tora, zaraz na ulice wyjdą ludzie tańczący ze zwojami. Nikt nic nie mówił, nikt nie ostrzegał, kraj zajęty był swoim własnym wewnętrznym konfliktem. Na południu to co innego – tam to codzienność. Ale tu, w Jerozolimie? Coś musi być nie tak.

Budzimy dzieci, przeczekujemy syreny w kompletnym niedowierzaniu, ale też bez paniki, bo przecież do nas i tak nigdy nic nie doleci, prawda? Po syrenie seria głośnych wybuchów. Wcale nie tak daleko, jak myśleliśmy. Przy drugim alarmie siedzimy już wszyscy w schronie w piwnicy naszego domu.

W ruch idą ekrany – telewizory, telefony, WhatsApp, wiadomości. Odkurzamy dawno nieużywane apki informujące na żywo o alarmach rakietowych w całym kraju. Telefony niespokojnie brzęczą. Nie możemy uwierzyć własnym oczom. Obudziliśmy się w złym śnie!

Dzwonimy do znajomych na południu, do tych w Tel Awiwie, na który poleciało znacznie więcej rakiet. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Odkładam telefon i idę zrobić sobie trzecią kawę. Teraz telefony do rodziny w Polsce. I standardowe: – U nas w porządku, nie ma się co martwić, to tylko na południu, nie u nas. Jak zwykle – mówię z przekonaniem.

Wracam do telewizora. Zabici, porwani; filmiki z telefonów, na których zobaczyć można bandy zamaskowanych terrorystów z karabinami, biegających po izraelskich miastach jak w filmie akcji. Przecież to nie może się dziać naprawdę! „Może to jednak był alarm samochodowy a ja jeszcze śpię?” – pytam siebie w myślach.

Wiadomości na ekranie telefonu pchają się w kolejce do otwarcia. Moja przyjaciółka właśnie pakuje dwóm synom ubrania do wojskowych plecaków. Jeden jedzie na południe, drugi na północ. Ale jak to? Przecież oni mają ledwie po 18 i 19 lat. Dlaczego jadą w środek koszmaru..? Bo na co dzień służba w wojsku wydaje się zabawą. Treningi, weekendy w domu i karabin na pasku na randce. Ale to jest wojna, proszę pani. Tu nie ma żartów. Twoje dzieciaki właśnie jadą na rzeź.

Mój syn ma na razie lat 17. Nigdzie nie jedzie. Do wojska pójdzie dopiero w przyszłym roku. Albo raczej już w przyszłym roku… W mojej klatce piersiowej zamieszkał właśnie ostry ból.

Na przesuwanym z zawrotnym tempie feedzie Instagrama moich dzieci jedno za drugim ukazują się zdjęcia pięknych młodych ludzi – tych, którzy po ostrzelanej przez terrorystów imprezie na pustyni jeszcze nie odezwali się do rodzin. Na jednym z nich syn sąsiadów, na kolejnym syn znajomych z osiedla. Nie wiadomo, czy żyją, czy są ranni, czy zostali porwani. Matki, ojcowie i rodzeństwo dosłownie odchodzą od zmysłów.

Na ulicach cicho, ale to i tak przecież szabas i święto. Ubrani elegancko Żydzi wracają z synagogi z przerażeniem w oczach. Z każdą minutą modlitwy ubywa mężczyzn. Mimo, że wszyscy przestrzegają szabatu, wiadomości o mobilizacji do służby docierają bez problemu do poszczególnych wiernych. Jeden za drugim wychodzą z modlitwy, biegną do domu, pakują plecaki, całują zapłakaną żonę, matkę, dzieci, i jadą walczyć.

U nas cisza. Nie wyją już syreny, po mieście nie biegają terroryści, ale dzieciaki lepiej trzymać w domu. Idziemy spać, kiedy oczy nie mogą już wytrzymać światła telewizora.

Dzień drugi

Wstaję rano obolała, tak, jakbym całą noc siedziała w autobusie pełnym żołnierzy wiezionych na front. Muszę się szybko umalować, uczesać, założyć jakąś bluzkę. Zaraz siadam do któregoś już z rzędu wywiadu dla polskich mediów. Wszyscy chcą mieć informacje z pierwszej ręki. Po każdym nagraniu ryczę jak dziecko. Gardło mam ściśnięte. Makijaż wygląda kiepsko na podkrążonych oczach.

Zamknięto wszystkie szkoły. Coś tam wymyślili na Zoomie: spotkanie z klasą, jakąś lekcję gimnastyki przed ekranem. Moja mała jeszcze śpi.

Dzisiaj już nikt nie wychodzi z domu. Syren nie ma i już do końca dnia nie będzie. Przyzwyczajeni w Izraelu do napięć, zbrojnych potyczek i terrorystycznych ataków nie boimy się wyjść na ulicę nawet wtedy, gdy coś się dzieje. Dzisiaj się nie ruszamy. Zresztą wszyscy i tak zanurzyli czubki swoich nosów w telefonach i w telewizorach.

Dmuchamy na zimne.

– Mamo mogę do koleżanki? To tylko 200 metrów stąd.

– A ona nie może tu przyjść?

– Jej mama nie pozwala jej wychodzić z domu

– Ja też ci nie pozwalam.

Idę po zakupy. rozglądam się dookoła, przypatruje nielicznym twarzom. Do dziś nie zawsze jestem w stanie odróżnić Araba od Żyda z arabskiego kraju. Panikuję. Przejeżdża obok mnie ktoś na rowerze, zwalniam, objeżdżam go szerokim lukiem. Kto wie? Wczoraj widziałam przecież, jak na terytorium Izraela wdzierają się tysiące terrorystów.

Moją córkę biorę w końcu do koleżanki samochodem. Te 200 metrów od domu.

Podłączam się do WhatsApp’owej grupy informującej o stanie bezpieczeństwa naszej dzielnicy. W pobliskim arabskim miasteczku jakiś incydent, ale już zdławiony przez policję.

Liczymy ofiary; liczba zmienia się z godziny na godzinę. Wczoraj 100, dziś już 300. Dzwoni szwagierka – siostrzeniec naszego kolegi zginął wczoraj jako jeden z pierwszych. Miał 21 lat. Znów telefon –18-letni syn znajomych pojechał na front. Są załamani. Modlą się, płaczą, umierają ze strachu.

Teraz trzeba odebrać dzieciaki od znajomych, do których ich wcześniej zawiozłam. Nikogo nie wypuszczamy z domu piechotą. Za furtką jest już strasznie, drzwi do domu zamykamy za sobą na klucz, te z tyłu, od ogrodu – też.

Po cichu wszyscy trochę umieramy. Łkamy po kątach, nie wierzymy, boimy się o siebie i o bliskich.

Dzień trzeci

– Mamo jadę do koleżanki. Jej tata po mnie przyjedzie. Jej brat cioteczny zginął wczoraj. Nie chcę, żeby była teraz sama.

To staje się namacalne. Nadzieje moich sąsiadów na odnalezienie swoich synów żywych maleją. Wszyscy się modlą. Podsyłają im jedzenie, oferują znajomości w wojsku, które może pomogą w zdobyciu chociaż szczątkowych informacji. Cała dzielnica żyje historią tych dwóch chłopców.

Moja córka walczy z aplikacją, która nie chce przyjąć numeru karty kredytowej. Chce wpłacić na konto jakiejkolwiek organizacji pomagającej żołnierzom. System jest chyba przeciążony.

Wyjątkowo popularne w Izraelu organizacje młodzieżowe – takie jak chociażby harcerstwo – nie czekają z założonymi rękami. Młodzież, nastolatki organizują się sami, kontaktują z kim trzeba i organizują zbiorki żywności, ubrań, przyborów toaletowych. Restauracje ładują do samochodów jedzenie, piekarnie wypieki, a każdy obywatel – to, co mu w kuchni zostało.

Jedziemy z dziećmi zawieźć to, co wyskrobałam z kuchennych szafek. Wygląda skromnie, więc zatrzymujemy się po drodze w sklepie. Kupujemy dwie torby i jedziemy zostawić to w jednym z punktów.

Talpiot, dzielnica handlowa, w której znalezienie parkingu graniczy z cudem, gdzie korek jest stałą częścią krajobrazu, gdzie zwykle szumi od ludzi jak w ulu – ta sama dzielnica stoi teraz pusta. Nie ma samochodów, nie ma ludzi, wszystko zamknięte. Otwarte drzwi mają tylko apteka i mały sklepik z żywnością. Krajobraz wygląda jak za czasów pandemii.

Nagle się zagęszcza: samochody tłoczą się w poszukiwaniu miejsca, z każdej strony strumień ludzi z workami, torbami, pakunkami. Niosą jedzenie i ubrania. Wyładowują bagażniki, opróżniają do kartonów siatki pełne żywności. Odbierający nie nadążają z segregacją i ładunkiem do bagażników samochodów czekających, by zawieść to wszystko potrzebującym. Żołnierzom i rodzinom, które ewakuowano z ich miejsc zamieszkania, z miejsc, w których wczoraj czy przedwczoraj były świadkami masakry.

Moje dzieci znalazły sposób na przetrwanie. Na niezliczonych grupach organizują się kolejne inicjatywy. Rozwozimy jedzenie, pakujemy, segregujemy, gotujemy. Ja odwożę i zawożę po kilka osób, dzieciaków właściwie, nastolatków. Nie chcę, żeby ktokolwiek z nich ryzykował.

Moje polskie koleżanki dawno już wysiadły z samolotów na polskich lotniskach. Co ja tu jeszcze robię?

– Karola, zwariowałaś? Uciekaj, ratuj siebie i dzieci!

– Ale tu, w Jerozolimie, jest spokojnie, nie ma rakiet, nie ma terrorystów… tu jest bezpiecznie.

A jednak siedzę zamknięta w domu i płaczę.

Syreny, znowu. Tym razem lecimy do schronu. Po dwóch minutach seria bardzo głośnych wybuchów. Dwie rakiety lądują na przedmieściach Jerozolimy. Dwie ofiary śmiertelne, wielu rannych. Strach zaczyna być prawdziwy, bolący, pieczenie w klatce piersiowej nie odpuszcza.

Liczba ofiar: 700, na antenie wiadomości kłótnie, oskarżenia, pretensje do rządu, do wojska, do wywiadu, do polityków. Ale jak to, że nie wiedzieli? Ale jak to, że nie byli przygotowani, że nie dotarli na czas? Może coś jeszcze się szykuje, może oni nie wiedzą, może znów nas zawiodą? Dlaczego mam ryzykować życie swoje i swoich dzieci?  

Od rana na północy ostrzał rakietowy, mieszkańcy strefy przygranicznej zostają ewakuowani. Biorą nas z dwóch stron. Na południu sytuacja jeszcze nie została opanowana, na północy dopiero się zaczyna.

W telewizji i wszystkich mediach ogłoszenie: Należy się zaopatrzyć w 3 litry wody na osobę dziennie na kolejne 72 godziny. Oprócz tego suche jedzenie, papier toaletowy, latarka itd. W Jerozolimie też. Wpadam w panikę. Rezerwuję bilety na najbliższy samolot i rozpoczynam batalię z mężem. On nie chce wyjeżdżać. W Jerozolimie jest przecież bezpiecznie, prawda?

Moje koleżanki stoją w kolejkach w supermarkecie. Po kilka godzin, półki pustoszeją w zastraszającym tempie. Moje dzieci szukają pustych butelek po Coca coli i napełniają je wodą. Czy ja zwariowałam? Dlaczego jeszcze tu jestem?!

Przed pójściem spać, tak na deser, funduję sobie butelkę babskiego drinka z niską zawartością alkoholu i wypijam, przeglądając ostatnie wiadomości. Filmik nagrany przez bojownika Hamasu wyświetla mi się w rolkach. Na ziemi ciała żołnierzy, całe we krwi, bez zamazanych twarzy, porywane dzieci, strzelaniny. Zasypiam dopiero po tabletce na sen.

Dzień czwarty

Mąż zgadza się, żebyśmy wyjechali. Pakujemy się jak zwariowani – lot mamy za kilka godzin. Sprzątamy, wyłączamy prąd, wodę, opróżniamy lodówkę, kupujemy dla kota tonę suchego jedzenia, które damy sąsiadom. Lecz nagle – lot odwołany….

Kolejny jest trochę później więc mamy czas, sprzątamy dom na błysk. Mąż znalazł rodzinę, której użyczymy naszego lokum. Ich dom w tej chwili znajduje się w samym środku spływających krwią walk.

Tutaj, w Jerozolimie, jest cicho, tu jest inny świat, który sobie ogląda masakrę na ekranie telewizora. Tu jest bezpiecznie. Przynajmniej w miarę bezpiecznie. Przynajmniej na razie.

Napięcia na północy rosną, nikt nie może przewidzieć, do czego jest zdolny Hezbollach. Poczucie zbliżającego się niebezpieczeństwa rośnie.

Dziś odmawiam już wywiadów. Tekst, który wygłaszam do kamery za każdym razem, staje się coraz wyraźniejszy, Tak jakbym nie chciała w to wszystko uwierzyć a mówiąc to na głos, sama sobie udowadniam jak realny jest ten koszmar.

Na ulicach nadal cisza. Ludzie najwyżej wyprowadzają na spacer psa. Albo idą pomagać, pakować, gotować. Jadę jeszcze raz do sklepu kupić dezodoranty, pasty do zębów, skarpety, majtki, jedzenie.  Tyle mogę zrobić przed wyjazdem, przed ucieczką, jak przestraszony pies. Nie mam tyle odwagi co moje nastoletnie dzieci.

Pusta dzielnica handlowa zagęszcza się przy supermarkecie – ludzie, samochody. Mimo, że już rano rzecznik prasowy armii uspokajał i przepraszał za pochopnie wydaną dyrektywę robienia zapasów, ludzie nadal nerwowo kupują co tylko się da. Półki pustoszeją, pracownicy sklepu nie nadążają ich zapełniać produktami, które przywożą baz przerwy wózkami z magazynu. Jajka, chleb, mleko, makarony, słodycze, woda. Półki jak za komuny. A przy kasach tłum jak przed świętami. I ten tłum śpiewa, Jakby zjednoczony w homogeniczną masę, faluje i śpiewa. Am Israel Chai. 

Jadę do domu – jutro od 9 będę gotować posiłki dla żołnierzy. Wezmę ze sobą najmłodszą córkę. Zanim odlecimy z tego krwawiącego kraju musimy coś jeszcze z siebie dać. Nawet, jeśli tu, w Jerozolimie, jest cisza.

1000 ofiar… i odliczamy

Ile jeszcze będzie dni?

 

Wojna w Izraelu
Karolina van Ede-Tzenvirt

Modlitwa na zgliszczach

Na zaproszenie izraelskiego MSW przedstawiciele różnych wspólnot religijnych wzięli udział w poruszającej wizycie w kibucu Kfar Aza.

PRZECZYTAJ »

Autor

  • Karolina van Ede-Tzenvirt

    (ur. w 1977 r.) dziennikarka, prelegentka i prowadząca program kulinarno - kulturowy o Izraelu „Feesten & Falafels” w holenderskiej telewizji Family 7 . Redaktorka „Kalejdoskopu” i wydawczyni portalu. Autorka przewodników po Izraelu oraz książki „Zostawić za sobą świat. O poszukiwaniu tożsamości”. Mieszka w Izraelu od ponad 20 lat.