Słowo po słowie

Riną Bodankin rozmawia Karolina van Ede-Tzenvirt

Język hebrajski jest zwięzły, nie ma w nim miejsca na kwiecisty styl. Odpadają regionalizmy, zdrobnienia, brakuje odpowiedników wielu słów czy powiedzeń. To dlatego tłumaczenie literatury polskiej jest dla izraelskich tłumaczy tak ogromnym wyzwaniem.

Karolina van Ede-Tzenvirt : W maju w Instytucie Polskim w Tel Awiwie zakończyły się warsztaty translatorskie dla amatorów. Na koniec wyłoniono najlepszą pracę. To Pani była jej autorką. Gratulacje!

Rina Bodankin: W nagrodę będę miała zaszczyt przetłumaczyć na język hebrajski książkę Mikołaja Łozińskiego „Stramer”. Warsztaty prowadziła znana tłumaczka literatury polskiej, Miriam Borenstein. Cieszę się, że podjęła się próby wykształcenia nas w tej trudnej dziedzinie. Bardzo dużo się od niej nauczyliśmy. Warsztatów nie byłoby bez inicjatywy Agaty Krizevski z Instytutu, której jestem wdzięczna za pomysł i organizację.

Pani Rino, czy mówicie w domu z mężem po polsku?

Po pierwsze – proszę mi mówić Krystyna, bo gdy mówię z kimś po polsku to właśnie tak chcę być nazywana. Na co dzień, w Izraelu, jestem Rina. A odpowiadając na pytanie – mój mąż nie mówi po polsku, więc w domu mówi się po hebrajsku. Moje dzieci też już po polsku nie mówią.

Książka, słowo pisane, zawsze były Pani pasją?

Książki były moją pasją od dzieciństwa. Być może, gdybym została w Polsce, studiowałabym polonistykę. Ale kiedy przyszedł czas na wybór, zbyt słabo znałam hebrajski, by podjąć się studiów humanistycznych. Biologia też mnie bardzo interesowała, więc wybrałam ją jako kierunek. Po przyjeździe do Izraela uczyłam się hebrajskiego na ulpanie. Oczywiście zajęło mi kilka lat, zanim dobrze poznałam ten język.

Należę do obu kultur, polskiej i hebrajskiej, i zawsze chciałam zbudować między nimi most. Lubię czytać w obu językach. Dziesięć lat temu zapisałam się na kurs dla tłumaczy z języka angielskiego. Wtedy nie było jeszcze miejsca, w którym można by się uczyć tłumaczeń z polskiego. Dlatego gdy Instytut Polski w Tel Awiwie zorganizował warsztaty translatorskie, od razu się zapisałam.

Przed jakimi wyzwaniami staje tłumacz, podejmując się przekładu tekstu z języka polskiego na hebrajski?

Budowa i gramatyka języka hebrajskiego bardzo odróżniają go od polskiego. Hebrajski jest językiem zwięzłym, długie zdania wychodzą nienaturalnie i niezrozumiale, więc czasami trzeba podzielić je na dwa krótsze. W hebrajskim nie ma miejsca na kwiecisty styl. Są też tylko trzy czasy: przeszły, teraźniejszy i przyszły. W polskim mamy jeszcze tryby: dokonany i niedokonany. W hebrajskim nie ma deklinacji, więc w długich zdaniach gubią się stosunki między częściami. No ale to już są specjalistyczne szczegóły. Poza tym wiele słów w hebrajskim nie istnieje, nie ma zdrobnień, nie ma regionalnej gwary, i oczywiście trudno przetłumaczyć powiedzonka i przysłowia. A przecież w końcu to wszystko powinno wyglądać tak, jakby było napisane po hebrajsku w oryginale.

Brzmi jak prawdziwe wyzwanie! Jak Pani praca wygląda w praktyce?

Tłumaczę zdanie za zdaniem, później czytam całość i poprawiam. Następnie znów porównuję z oryginałem, a w końcu koryguję parę razy sam przetłumaczony tekst, nie patrząc już na oryginał.

Ile czasu zajmuje przetłumaczenie książki?

Szczerze mówiąc – nie mam pojęcia! To będzie moja pierwsza książka. Zwykle przetłumaczenie rozdziału zajmuje mi około półtorej do dwóch godzin.

Czy podjęłaby się Pani tłumaczenia poezji?

Nie! To jest bardzo trudna sztuka. Szymborska przetłumaczona jest na hebrajski naprawdę dobrze, bo tłumaczyli ją głównie poeci.

Czy polska literatura jest w Izraelu znana?

Raczej nie. Polska wciąż bardziej kojarzy się Izraelczykom z Zagładą lub antysemityzmem niż ze świetną literaturą. Myślę, że wiele osób byłoby zainteresowanych tłumaczeniem polskiej literatury na hebrajski, ale ponieważ jest ona słabo znana, trudno znaleźć wydawnictwo, które by się tego podjęło. Na szczęście jest kilka dobrych książek na rynku, które przełamują ten impas. Na przykład te autorstwa Olgi Tokarczuk.

„Stramer” – książka, którą Pani przetłumaczy – otrzymała nominacje do prestiżowych nagród literackich i spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem ze strony czytelników.

To książka o losach żydowskiej rodziny w przedwojennej Polsce. Dlatego też myślę, że zainteresuje czytelników w Izraelu. Mam nadzieję, że tu moja przygoda się nie skończy i w przyszłości będę tłumaczyć także innych polskich pisarzy i przybliżać izraelskiego czytelnika do literatury polskiej. Zawsze tego pragnęłam.

Autorzy

  • Karolina van Ede-Tzenvirt

    (ur. w 1977 r.) dziennikarka, prelegentka i prowadząca program kulinarno - kulturowy o Izraelu „Feesten & Falafels” w holenderskiej telewizji Family 7 . Redaktorka „Kalejdoskopu” i wydawczyni portalu. Autorka przewodników po Izraelu oraz książki „Zostawić za sobą świat. O poszukiwaniu tożsamości”. Mieszka w Izraelu od ponad 20 lat.

    karolina.vanedetz@kalejdoskop.co.il van Ede-Tzenvirt Karolina
  • Rina Bodankin

    urodzona i wychowana w Łodzi. Jako nastolatka wyjechała z rodzicami do Izraela. Absolwentka biochemii i zdrowia publicznego na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Wieloletnia badaczka chorób nowotworowych w szpitalu Hadassa w Jerozolimie oraz kierowniczka funduszu na rzecz badań chorób zawodowych. Podczas warsztatów translatorskich zorganizowanych przez Instytut Polski wyróżniona za najlepszą pracę końcową. W tej chwili pracuje nad hebrajskim przekładem książki Mikołaja Łozińskiego „Stramer”.