W ciągłym ruchu

z tancerką i choreografką Yasmeen Godder
rozmawiają Ewa Szubstarska-Stein i Karolina van Ede–Tzenvirt

Taniec jest ulotny, buntowniczy. Nie można go zabrać ze sobą – można go jedynie doświadczyć. Może stać się narzędziem do tworzenia więzi, platformą spotkania i interakcji. Także dla tych, którzy nie mają z nim nic wspólnego.

fot. Anna Majewska

Spotykamy się w Twoim studiu w Jafie. Czy to miejsce ma dla Ciebie szczególne znaczenie?

Urodziłam się w Jerozolimie, ale dzieciństwo spędziłam w USA. Po powrocie zamieszkałam w Jafie. Stała się dla mnie bardzo ważna i do dziś pozostaje moim domem. Jej wyjątkowy charakter ukształtował to, kim dziś jestem, i jest ogromną częścią mojej tożsamości.

Co cię w niej najbardziej zainspirowało?

Niektóre miejsca w Izraelu są bardzo homogeniczne: mieszkańcy wyznają tę samą religię, utożsamiają się z tymi samymi wartościami. W Jafie mam możliwość obcowania z ludźmi o różnym pochodzeniu, głównie z Żydami i Arabami. Po przyjeździe powoli zaczęłam angażować się w życie lokalnej społeczności. Zaczęłam od znajomości z szefową arabsko – żydowskiego domu kultury w dzielnicy Ajami. Stworzyłyśmy razem kilka projektów. Wtedy też zostałam mamą.

Jak te wszystkie doświadczenia wpłynęły na Twoją karierę taneczną?

Mieszkanie tutaj mnie zmieniło. Jako tancerka i choreografka zawsze zastanawiam się, jak wykorzystać taniec jako narzędzie do tworzenia więzi, i jak stworzyć podłoże do spotkania i interakcji z ludźmi. Przede wszystkim z tymi, którzy nie mają nic wspólnego z tańcem.

Kilka lat temu pracowaliśmy nad projektem warsztatów dla ludzi chorych na Parkinsona. Wtedy zaczęłam badać temat empatii – zrozumienia, otwarcia się na drugiego człowieka. Postanowiliśmy razem z moją grupą taneczną stworzyć warsztaty dla tych, którzy są od nas odmienni – dotrzeć do różnych społeczności, grup wiekowych, osób w różnym stanie fizycznym. Jednym z projektów, który z tego się narodził były trzyletnie warsztaty dla żydowskich i palestyńskich kobiet – Na’ot Ma’ Ba’ad.

Z kolei projekt dla chorych na Parkinsona nosił nazwę Störung/Hafraah i zrobiłaś go we współpracy z teatrem Theater Freiburg w 2015 roku.

Przez rok pracowaliśmy z grupą tancerzy, naukowców i chorych na Parkinsona. Zgłębialiśmy problem neurologicznych i psychologicznych wyzwań, jakie niesie ze sobą ta choroba. Chcieliśmy nauczyć się, jak wykorzystać taniec, by pomóc chorym cieszyć się swoim ciałem. Choroba odcina z nim kontakt. To powoduje złość, depresję. Taniec daje narzędzia potrzebne do tego, by ponownie ten kontakt nawiązać.

To dało mi też inną perspektywę. Taniec jest w pewnym sensie zajęciem elitarnym, zarezerwowanym dla młodych, szczupłych, tych w dobrej kondycji fizycznej. Na tamte zajęcia przyszli ludzie o innych cechach fizycznych, w różnym wieku i o różnym poziomie sprawności. Uczyliśmy się od innych, od siebie nawzajem. Na przykład tego, jak ubierać w słowa to, co zwykle przedstawialiśmy ruchem. To było dla nas zupełnie nowe: pracowaliśmy z ludźmi niezwiązanymi z tańcem, a więc musieliśmy znaleźć sposób na komunikację.

To dało nam dostęp do wielu innych warstw wiedzy, musieliśmy wykazać się elastycznością – myślowo i emocjonalnie. Widz otrzymuje gotowy produkt, ogląda przedstawienie i podoba mu się to wizualnie. Ale pod tym kryje się tak wiele więcej, cały proces nauki, który zresztą nigdy się nie kończy.

Zaczęliśmy zapraszać widownię do wzięcia udziału w tym, co dzieje się na scenie. Moi tancerze – dzięki procesowi który przeszliśmy – nauczyli się nie tylko pokazywania pracy z fizycznością, ale też tego, jak zapraszać innych do wspólnego odkrywania siebie poprzez ruch.

To szalenie pojemny termin. Czym jest dla Ciebie ruch?

Ruch ma dla mnie wiele znaczeń. To m.in. przetrwanie. Pozwolił mi przetrwać wyjazd za granicę. Byłam małą dziewczynką, nie znałam angielskiego, byłam w obcym miejscu. Ruch pomógł mi nawiązać kontakt ze sobą, stworzyć dom. A potem przyjechałam tutaj, i znów taniec mnie ratował. Również finansowo, bo w końcu to także moja praca.

Jest terapeutyczny – na poziomie fizycznym oczywiście, ale też mentalnym. Pozwala na otwarcie umysłu na zmianę, inną perspektywę.

Ale ruch może też być przeżyciem traumatycznym – moja przeprowadzka do Ameryki, potem powrót tutaj; migracje moich dziadków w 1948 r.: jednych z Polski, drugich z Syrii.

To są ciężkie historie. Fascynuje mnie zresztą to przejście z aspektu pozytywnego do traumatycznego.

Ruch to również wolność. Mam tu na myśli wolność ruchu także w wymiarze geopolitycznym. Szczególnie tu, w Izraelu, gdzie temat granic był zawsze bardzo delikatny i sporny. Żyjemy trochę jak w zamkniętej klatce. W Ameryce granice prawie nie istnieją.

Jaki jest proces tworzenia spektaklu? I jaki w tym udział mają ci, którzy nie są profesjonalnymi tancerzami?

Widzowie, którzy przychodzą na nasze spektakle, zapraszani są na scenę. Nie występują jednak, lecz uczestniczą. Są częścią tworzenia.

Od czasu mojej pracy w Theater Freiburg zaczęłam częściej tworzyć warsztaty interaktywne. Z tego narodziły się dwa przedstawienia. Widzowie natychmiast zareagowali: wielu powiedziało mi, że nie tylko zaobserwowali empatię, ale też jej też doświadczyli.

Mówi się, że empatia to umiejętność przyszłości.

To oczywiście nie jest proste. Nie każdy jest gotów na konfrontację z kimś odmiennym, z innego środowiska, z innymi poglądami politycznymi. A przecież tak ważne jest, byśmy umieli się ze sobą spotykać w człowieczeństwie.

Myślę, że w Izraelu niewystarczająco praktykuje się empatię. Dotyczy to zarówno sposobu widzenia naszych sąsiadów jak i nas samych, w ramach naszych zróżnicowanych społeczności. Nie chodzi mi o budowanie mostów, lecz o widzenie siebie nawzajem. Nie zawsze możemy się rozumieć czy zgadzać z poglądami, ale możemy się nawzajem widzieć, słyszeć, czuć swój ból. I tak, w 2019 roku, zaczęłam wraz z moją grupą taneczną badać słowo „empatia” w różnych sytuacjach, z różnymi grupami ludzi. Z tego narodziły się trzy przedstawienia. Jedno z nich, z powodu covidu, przerodziło się w solo. To było zaskakująco ciekawe doświadczenie. Odkryłam wówczas koncept empatii wobec samej siebie.

Jak rodził się projekt “Ćwiczenie empatii”? I jak właściwie pokazać empatię na scenie, w ruchu?

Organizowaliśmy warsztaty, na które zapraszaliśmy ludzi z różnych środowisk i kręgów, dzieci, chorych na Parkinsona, imigrantki. Dla każdej grupy tworzyliśmy oddzielne, szyte na miarę warsztaty.

Na spotkaniach pracowaliśmy nad rożnymi emocjami. M.in. z mantrą “chcę, potrzebuję, boję się”. Rzucaliśmy hasło “chcę” i prosiliśmy uczestników o podzielenie się ich odczuciami, o pokazanie tego ciałem, ruchem, ale nie tylko. Może to brzmieć abstrakcyjnie, ale emocje mogą być przetłumaczone na język ruchu, język ciała i my, tancerze reagowaliśmy na tą informację.

Po angielsku słowa emotion i motion (emocja i ruch) są sobie bardzo bliskie.

Tak. Pewnego dnia ktoś z grupy chorych powiedział: “to, co robisz, pozwala mi na chwilę zapomnieć o chorobie, poczuć się znów człowiekiem”. To naprawdę nas poruszyło.

Taka interakcja pozwala nam zgłębiać temat empatii, odkrywać jej wielowarstwowość, w końcu – tworzyć. Z każdego przedstawienia czerpiemy nową wiedzę, jesteśmy w ciągłym ruchu. Tu nie chodzi tylko o doświadczanie empatii, ale też o jej ćwiczenie. W czasie pandemii powstało jeszcze jedno przedstawienie: “Empatia dwa na dwa” – gdzie cztery osoby stały w rogach kwadratu, tak aby zachować te przepisowe dwa metry dystansu. Jedyną rzeczą, którą miały robić, był tzw. mirroring, czyli powtarzanie ruchów drugiej osoby. Przez 25 minut artyści i widownia byli połączeni tym dostrzeganiem siebie. Bycie razem w ruchu stało się jakby trzecim bytem na scenie.

Taniec współczesny jest specyficzny, dla wielu wręcz niezrozumiały. Z jakim nastawieniem należy przyjść na spektakl, by go dobrze przeżyć i się nie zniechęcić?

Człowiek przyzwyczajony jest do pewnego standardu ruchów ciała: nauczono nas, jakie ruchy są przyjęte, a jakie nie. Na scenie widzimy tancerza, który porusza się w nieznany nam sposób. Pierwszym odruchem jest odrzucenie. Radzę widzowi: po prostu tam bądź. Przyjmuj to, co widzisz, w taki sposób, jaki przychodzi ci do głowy. Jeśli najdzie cię jakaś myśl, to z nią zostań. Wiele osób na siłę chce zrozumieć przekaz. Frustrują się, jeśli od razu go nie zrozumieją. A przekaz nie zawsze trzeba rozumieć. Skup się na doświadczaniu, na tym, co się w tobie otwiera. I to już jest wielka sprawa – gdy sztuka może nas dotknąć w środku.

Taniec jest ulotny, nie można go zanieść do domu. Jest buntowniczy. Trzeba go doświadczyć. To właśnie jest w nim piękne.

Więcej o Yasmeen Godder, jej grupie tanecznej oraz terminach i miejscach kolejnych przedstawień i warsztatów przeczytać można na stronie internetowej: www.yasmeengodder.com
fot. Tamar Lamm
fot. Tamar Lamm
fot. Tamar Lamm
fot. Anna Majewska

Autorzy

  • Yasmeen Godder

    (ur. w 1973 r.) - światowej sławy izraelska choreografka i tancerka. Założycielka Godder Dance Company z siedzibą w Jafie. Twórczyni projektu “Moving Communities” - inicjatywy społecznej tworzącej przestrzeń do dialogu pomiędzy rożnymi społecznościami. Od 2019 roku zaangażowana w projekt “Practicing Empathy”, z którego narodziło się szereg performansów, wydarzeń i warsztatów. Współpracuje z Batsheva Dance Company, Theater Freiburg oraz Candoco Dance Company.

  • Ewa Szubstarska-Stein

    (ur. w 1980 r.) - z wykształcenia socjolożka, psychoterapeutka tańcem i ruchem, performerka, choreografka i nauczycielka. Przez ostatnie dziesięć lat nauczycielka i kierowniczka Szkoły Polskiej w Tel Awiwe. Od lat organizuje warsztaty i projekty artystyczne po polsku dla dzieci w Izraelu w ramach grupy „Ilustracja”.

  • Karolina van Ede-Tzenvirt

    (ur. w 1977 r.) dziennikarka, prelegentka i prowadząca program kulinarno - kulturowy o Izraelu „Feesten & Falafels” w holenderskiej telewizji Family 7 . Redaktorka „Kalejdoskopu” i wydawczyni portalu. Autorka przewodników po Izraelu oraz książki „Zostawić za sobą świat. O poszukiwaniu tożsamości”. Mieszka w Izraelu od ponad 20 lat.