Wolność wydziergana na szydełku

tekst Karolina van Ede-Tzenvirt

Tysiące Afrykanek zamieszkujących południowy Tel Awiw ubiegają się o azyl, walcząc codziennie o godne życie. Ich status prawny jest nieuregulowany przez państwo, a ich perspektywy na przyszłość wyglądają dość marnie. Pomocną dłoń wyciąga do nich niezwykły projekt: organizacja pozarządowa o nazwie „Kuchinate”.

W Izraelu mieszka w tej chwili ponad 30 tysięcy uchodźców i ubiegających się o azyl Afrykańczyków. Tyle mniej więcej mieszkańców liczy Zakopane. Całe miasto ludzi, którzy ze strachu przed śmiercią lub przemocą i z nadzieją na znalezienie lepszego miejsca na ziemi musieli opuścić swoje domy, często z narażeniem życia. Przybysze z Sudanu i Erytrei, którzy dostali się do Izraela przez leżący w Egipcie Synaj, nie zastali jednak otwartych ramion lepszego świata. Izrael co prawda zapewnia im ochronę, ale pomimo możliwości ubiegania się o prawny status uchodźcy do tej pory przyznał go zaledwie nielicznym osobom. Reszta, w tym już kolejne pokolenie, które przyszło na świat w Izraelu, pozostaje w kraju jako tzw. ubiegający się o azyl. Ich prawo do pozostania w Izraelu regulowane jest przez rządową politykę tymczasowej ochrony.

Mieszkam w Izraelu od ponad 10 lat. Mieszkam na Mount Zion Boulevard w dwupokojowym mieszkaniu. Czwórka moich dzieci śpi w jednym pokoju, ja mieszkam w salonie, a mąż na balkonie. Dołączyłam do „Kuchinate” w 2013 r., ale nie mogłam tam pracować, bo w 2011 r. po ogłoszeniu niepodległości Sudanu Południowego, Izrael zdecydował, że Sudańczycy powinni zostać tam deportowani siłą. Moja córeczka musiała mieć operację, a ponieważ byłyśmy już umówione, otrzymałam specjalną notatkę z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nigdy nie wychodziłam bez niej z mieszkania i dzięki temu zawsze jakoś się wymykałam. Nigdy nie wywieźli mnie do Sudanu. Mąż i dzieci ukrywali się w mieszkaniu, a mój mąż wychodził do pracy tylko w nocy. Moi przyjaciele, którzy zostali zmuszeni do powrotu do Sudanu, przebywają teraz ze swoimi dziećmi w obozach dla uchodźców w Ugandzie i Egipcie – opowiada Lina Otom Jak Agolon, cytowana przez stronę Kuchinate.com.

Spora część uciekinierów to oczywiście kobiety – często z dziećmi lub w ciąży. To właśnie one dużo bardziej narażone są na prześladowania. Wiele z nich doświadczyło wyjątkowo ciężkich przeżyć – głodu, gwałtów, handlu ludźmi, śmierci najbliższych po drodze przez pustynię. Ich droga do wolności trwała nierzadko latami, pieszo, przez wschodni Sudan i półwysep Synaj. Tam spotykały się z przemocą, również seksualną, zdane były na łaskę i niełaskę handlarzy ludźmi i przemytników. Do Izraela przyjeżdżają straumatyzowane, poniżone, często w ciężkim stanie psychicznym. Nierzadko też są w ciąży, która jest efektem gwałtu. Ich poczucie beznadziejności pogarszają bardzo ograniczone możliwości pracy, brak godnych warunków życiowych, dyskryminacja na tle płci i częste nadużycia seksualne (zarówno ze strony samych uchodźców jak i Izraelczyków).

Za Kuchinate.com: Brhena Gebrhiwet pochodzi z Erytrei. Do Izraela przyjechała w grudniu 2011 roku. Dostała się tam przez Etiopię, w której przeczekać musiała 2 miesiące, następnie była przez miesiąc w Sudanie, i w Libii, gdzie przebywała przez półtora roku. Tam urodziła się jej córka. Jej ówczesny mąż opuścił je i przyjechał do Izraela bez nich. Kiedy jej córka miała niecałe 2 miesiące, udały się samotnie do Izraela przez Synaj.

Przekraczający nielegalnie granicę migranci wysyłani byli do dwóch zamkniętych ośrodków dla uchodźców – Holot i Saharonim, w których spędzali od kilku miesięcy do kilku lat. Ostatecznie decyzją Izraelskiego Sądu Najwyższego ośrodki zostały zlikwidowane. Stamtąd przesiedlono ich mieszkańców do południowego Tel Awiwu i pozostawiono prawie całkowicie samym sobie. Ich prawa, możliwość legalnej pracy, dostęp do opieki zdrowotnej, edukacji są do dziś znikome.

Ejigayehu Worku – matka trzech zmarłych synów i córki, z którą straciła kontakt, przyjechała do Izraela sześć lat temu i spędziła cztery lata w więzieniu w Ramle, z powodu braku wizy.
Teraz mieszkam w małym pokoiku w mieszkaniu na ulicy Salame. Czterech mężczyzn dzieli pokój obok mnie, a w drugim pokoju mieszka kobieta z dziećmi. Wszyscy mamy wspólną łazienkę, prysznic i kuchnię. Mieszkanie okropnie śmierdzi i wszędzie biegają myszy. W więzieniu czułam się lepiej, bo tam były czyste toalety i prysznice i mnie szanowano. Moim marzeniem jest mieć czysty dom w kraju, który mnie zaakceptuje. Chcę żyć jak człowiek – mówi strasza już Ejigayehu.

W 2011 roku powstał wyjątkowy projekt – ekonomiczny i psychospołeczny kolektyw dla afrykańskich kobiet ubiegających się o azyl – „Kuchinate” – co w języku tigrinia znaczy „szydełkowanie”. Projekt ten, działający na rzecz ubiegających się o azyl kobiet w południowym Tel Awiwie, opiera się na afrykańskiej sztuce ludowej i tradycyjnym rękodzielnictwie. Uciekinierki z Sudanu, Erytrei i innych krajów Afryki, poprzez uczciwą pracę i godziwe zarobki odzyskują swoją godność i nadzieję na lepsze jutro dla siebie i swoich rodzin. Kobiety projektują i własnoręcznie wykonują swoje wyroby (przede wszystkim robione na szydełku kosze), organizują imprezy, warsztaty szydełkowania i tradycyjne ceremonie parzenia kawy. „Kuchinate” organizuje również wystawy, współpracuje z muzeami i posiada sklep w dzielnicy Nachalat Shiva w Tel Awiwie. Cały dochód ze sprzedaży dzieł i wyrobów przeznaczony zostaje na działalność socjalną organizacji. 

Kuchinate pomogło mi stać się niezależną. Wcześniej byłam bezrobotna, nie miałam pieniędzy i utrzymywała mnie rodzina; ale teraz zarabiam, mam miesięczną pensję. (…) Marzę o tym, żeby móc zapłacić za cały pokój tylko dla siebie w mieszkaniu – mówi jedna z artystek – Favor Agabo, która uciekła z Nigerii z powodu konfliktu o podłożu religijnym.

Tsega Kebede pisze: W Izraelu pracuję jako sprzątaczka, ale w Erytrei byłam nauczycielką w szkole podstawowej w ramach mojej 7-letniej służby wojskowej. Uczyłam biologii, nauk ścisłych, matematyki i malarstwa dzieci w wieku od 7 do 16 lat. W Erytrei zawsze szyłam, robiłam na drutach i malowałam, nawet kiedy byłam w wojsku. Za te niewielkie pieniądze, które mi dawali, kupowałam materiały do tworzenia mojej sztuki. Organizacja ASSAF (Organizacja Pomocy Uchodźcom i Osobom Ubiegającym się o Azyl w Izraelu – przyp.red.) skierowała mnie do Kuchinate rok temu, po tym, jak przeszłam operację żołądka. Nie doszłam jeszcze do siebie i nadal często choruję, ale bycie częścią Kuchinate mnie uspokaja, a kobiety zawsze mnie wspierają. Moim marzeniem jest być zdrową i żeby Bóg pozwolił mi mieć dziecko – mówi kobieta

„Kuchinate” umożliwia setkom kobiet odbudowanie swojego życia poprzez wsparcie psychospołeczne i umożliwienie samodzielności ekonomicznej. Pomoc w rozwijaniu ich umiejętności i talentów rękodzielniczych, administracyjnych oraz handlowych pozwala je upodmiotowić i stworzyć przestrzeń do walki z traumą. Społeczność, jaką tworzy organizacja, obcowanie ze sztuką, z tworzeniem oraz terapia uchodźczyń, odmieniło jak dotąd życie setek kobiet. 

Do zrobienia jest jeszcze bardzo wiele. Aktywiści niestrudzenie walczą o podstawowe prawa społeczności ubiegających się o azyl w Izraelu. Ich sprawa okazuje się być wyjątkowo problematyczna w kraju, gdzie zamieszkanie wiąże się z bardzo restrykcyjnymi wymogami narodowo-religijnymi. I może właśnie dlatego, właśnie w świetle historii narodu, który dzisiaj odmawia statusu uchodźcy tak wielu uciekającym przed wojną i przemocą ludziom, hasło wypisywane na obdrapanych ścianach południowego Tel Awiwu, jest tak bardzo na miejscu. „We were all once refugees”. 

Wszystkie cytaty pochodzą ze strony internetowej Kuchinate.com. Cytowane kobiety są artystkami pracującymi i tworzącymi w ramach tej organizacji.

fot.: Michael Topyol
fot.: Aya Wind

Autor

  • Karolina van Ede-Tzenvirt

    (ur. w 1977 r.) dziennikarka, prelegentka i prowadząca program kulinarno - kulturowy o Izraelu „Feesten & Falafels” w holenderskiej telewizji Family 7 . Redaktorka „Kalejdoskopu” i wydawczyni portalu. Autorka przewodników po Izraelu oraz książki „Zostawić za sobą świat. O poszukiwaniu tożsamości”. Mieszka w Izraelu od ponad 20 lat.