Żarty na budowie

tekst Łukasz Tomasz Sroka

W pierwszych latach niepodległości Izraela z pomocą olim przychodził żart. Ostry, czasem złośliwy, wyzwalający od trudów codzienności, ale i braku zrozumienia dla inności tych, z którymi właśnie zamieszkali pod wspólnym dachem.

W dniu proklamacji niepodległości – 14 maja 1948 r. – Izrael był wielkim placem budowy. Szczególnie dotyczyło to rozbudowującego się Tel Awiwu, który założono już wcześniej, w 1909 roku. Liczne inwestycje realizowano też w Jerozolimie, Hajfie oraz w wielu innych miastach, miasteczkach, kibucach i moszawach. Lecz gdy mówimy o „placu budowy”, nie myślimy wyłącznie o powstających budynkach, ale również o duchowym, tożsamościowym wymiarze: wszak chodzi tu o narodziny nowego państwa.

Współczesny Izrael, wyrosły na dziedzictwie starożytności, został wzbogacony o dorobek jiszuwu [wspólnoty żydowskiej w Ziemi Izraela w okresie przed wskrzeszeniem państwowości – red.] i potencjał diaspory. Z tej fuzji wynikło też specyficzne, izraelskie poczucie humoru.

Od końca XIX wieku do Ziemi Izraela, a później do Państwa Izrael, zaczęły przybywać zorganizowane grupy Żydów z różnych krajów. Każda z nich odznaczała się pewną specyfiką i odrębnością obyczajów. Wszyscy siłą rzeczy spotykali się na budowie, która miała w sobie jakiś pierwiastek egalitaryzmu: najpewniej w innych okolicznościach ich drogi życiowe nigdy by się ze sobą nie zeszły. W nowych okolicznościach przybyli z różnych kontekstów kulturowych budowlańcy – inżynier, architekt, kierownik, majster i jego pomocnik – musieli się jakoś dogadać. Na dużych budowach nierzadko mieszkali ze sobą w domach kontenerowych, by nie tracić czasu na dojazdy. Przyszło im spędzać ze sobą dużo czasu. Jedni drugim przyglądali się z uwagą, niejednokrotnie w kompletnym zdumieniu. Różniło ich niemal wszystko: pochodzenie, zwyczaje kulinarne, nawyki, słownictwo. Opowiadano więc żarty, które nie tylko poprawiały nastrój, ale też w naturalny sposób rozładowywały napięcie, które rodziło się między ludźmi – nagle bliskimi sobie, ale przecież wciąż obcymi.

Jeke i Polanim

Izrael rósł w oczach, i to nie tylko dzięki rozbudowywanym miastom. Zasiliło go i wyróżniło się wiele charakterystycznych pod względem kulturowym grup Żydów wywodzących się z różnych państw – wystarczy wskazać choćby na Żydów polskich, rosyjskich, niemieckich, marokańskich, jemeńskich, irackich itd. Jedni z nich zyskali własne przydomki, inni nie. Tak oto do Żydów niemieckich przylgnęło określenie Jeke. W języku niemieckim Jacke oznacza marynarkę. Dla Mizrachim (Żydów ze Wschodu) i Sabrów (urodzonych już w Erec Israel) noszenie marynarek w miejscowych warunkach klimatycznych było czymś niepojętym. Tymczasem napływający w latach 30. XX wieku Żydzi niemieccy najczęściej wywodzili się z klasy średniej. W Izraelu zamierzali żyć tak, jak ich tego nauczono w ich mieszczańskich domach – według tychże gustów i potrzeb. Przywieźli ze sobą przywiązanie do stopni i tytułów naukowych, szacunek do regulaminów, porządku, dyscypliny i zasad współżycia społecznego. Postronni obserwatorzy zarzucali im przesadę, co przełożyło się na dowcipy. Jeden z nich usłyszałem od Marcela Goldmana:

Jeke jedzie pociągiem z Hajfy do Tel Awiwu. Oczywiście kupuje miejscówkę. W Tel Awiwie na peronie oczekuje go rodzina.

– Jak twoja podróż?
– Okropna! Cierpiałem z powodu mdłości, bo nie mogę jechać tyłem do kierunku jazdy.
– Dlaczego nie poprosiłeś pasażera z naprzeciwka, by się z tobą zamienił?
 – Nie mogłem, bo nikt tam nie siedział!

Także polscy Żydzi, Polanim, a zwłaszcza polskie Żydówki – Polaniot – wyróżniały się szczególnym zamiłowaniem do mieszczańskich manier. W izraelskim społeczeństwie zrodził się stereotyp, według którego Polaniot są nazbyt eleganckie, staroświeckie i wyniosłe. Uważano, że nie pasują do prostych, izraelskich warunków życia, nie znają miejscowych zwyczajów i potraw. Polskim rodzicom, a w szczególności matkom (ima Polania) przypisywano takie cechy jak nadopiekuńczość, przywiązanie do dawnych zwyczajów, przewrażliwienie na punkcie własnych dzieci. Motywy te zagościły m.in. w izraelskim kinie – wspomnijmy choćby sirtej burekas [dosł. filmy burekasowe – red.], gatunek komicznych melodramatów popularnych w latach 60. i 70. XX w. Nie szczędzono Polanim żartów.
Oto jeden z nich:

Po śmierci męża wdowa spotyka się ze swoją koleżanką, która widząc na jej palcu piękny pierścionek z diamentem pyta ją:
 – Skąd wzięłaś pieniądze na tak okazały diament?
Wdowa odpowiada – w biurku męża znalazłam kopertę z pieniędzmi, do których dołączona była karteczka z podpisem: jeśli umrę, tu masz pieniądze na kamień.

Wykształceni analfabeci

Uwidaczniające się w Izraelu napięcia międzykulturowe zostały wyśmienicie przedstawione przez artystów Uri Zohara i Arika Einsteina. Obaj urodzili się w Tel Awiwie i mieli polskie korzenie. W serii satyrycznych programów telewizyjnych i filmów komediowych parodiowali Żydów polskich, rosyjskich, niemieckich, marokańskich, jemeńskich, gruzińskich i innych. Potrafili rozbawić publiczność do łez, unikając przy tym sprawiania komuś przykrości. W ich twórczości pod warstwą ciętego języka skrywa się obraz Izraela budowanego przez ludzi, którzy migrowali tu z nadzieją na lepsze życie. Spotykających się nierzadko z rozczarowaniem – bo warunki, do których przybywali, zwykle odbiegały od krzepiących wizji kreślonych przez działaczy syjonistycznych.

Jednym z wyzwań stał się język. W stosunkowo krótkim czasie należało komunikować się w języku hebrajskim – a przecież wielu nowoprzybyłych (olim hadaszim) nie znało go w stopniu wystarczającym, o ile znało w ogóle. Dochodziło do komicznych sytuacji. Jedną z nich w opowieści pokoleniowej pt. Uchodźcy opisuje Henryk Grynberg:

Polski słyszało się wszędzie. Stanąłem w kolejce do garmażerii.

 – Zaraz wracam – mówi do mnie po polsku pani stojąca przede mną.
 – Skąd pani wiedziała, że ja mówię po polsku? – spytałem, gdy wróciła.
 – Nie wiedziałam.
 – To dlaczego mówiła pani do mnie po polsku?
 – Bo ja zawsze mówię po polsku.

Większości jednak nie było do śmiechu. Przyjęło się oddające dramaturgię tej sytuacji stwierdzenie ukute przez Marię Lewińską, izraelską pisarkę o polskich korzeniach: „analfabeci z wyższym wykształceniem” (to też tytuł jej znakomitej książki). Z tej perspektywy żarty Uriego Zohara i Arika Einsteina stały się dla młodego izraelskiego społeczeństwa buforem bezpieczeństwa, który miał pomóc im poradzić sobie ze skrajnymi emocjami i złagodzić szok zderzenia z rzeczywistością.

Śmiech przez łzy

Przez kolejne dziesięciolecia narodziło się tysiące żartów i dowcipów nawiązujących do krajów, z których pochodzili nowi mieszkańcy Izraela. Pokaźna ich część nawiązywała do żydowskiej doli i niedoli w czasach diaspory. Popularne były też żarty związane z wykonywanymi zawodami. Oto przykład:

 – Bóg w sześć dni stworzył świat, a pan przez sześć miesięcy nie może zakończyć pracy z moimi spodniami?

 – Ale niech pan spojrzy na ten świat i niech pan spojrzy na te solidnie wykonane spodnie!

Po II wojnie światowej w dzieło budowy państwowości żydowskiej włączyli się ocalali z Holokaustu i ich potomkowie. W rodzinach ocalałych radość z tytułu posiadania własnego państwa mieszała się z nostalgią, goryczą wspomnień i niezaleczoną traumą po tragicznych doświadczeniach, stracie krewnych, przyjaciół i znajomych. Ponadto mieszkańcy Izraela wciąż muszą go bronić, za co płacą wysoką daninę krwi.

Tak się to u nas splata / I radość, i żal / W dniach nie bardzo od siebie odległych – pisze trafnie w swoim wierszu
Wiosna w Izraelu Marcel Goldman.

Każda budowa znajduje swój finał. Nie oznacza to, że nic już nie pozostało do zrobienia. Wręcz przeciwnie: budowa państwa rozumiana jako kształtowanie jego polityki, rozwój i modernizacja jest w zasadzie procesem, który się nie kończy. Przychodzi jednak czas, w którym państwo osiąga już wyraźną stabilność, krzepnie. W mojej ocenie Izrael osiągnął ten etap w okresie pomiędzy wojną sześciodniową (1967) a wojną Jom Kipur (1973). Jest coś wymownego w tym, że właśnie w latach 70. Uri Zohar zwrócił się ku religii i został ortodoksyjnym rabinem. Dla niektórych artystów ta postawa była inspirująca. Z perspektywy czasu tak radykalna decyzja Zohara może wydać się niezrozumiała. Można ją jednak potraktować jako emanację żydowskiego losu, w którym nader często mieszają się ze sobą skrajne doznania: ambiwalencja religijna i ortodoksja, niewyobrażalne sukcesy i bezprecedensowe katastrofy. A także śmiech i łzy, smutek i będący formą odreagowania żart, przygnębienie i wybuch entuzjazmu. Jedno jest pewne: poczucie humoru jest immanentnie wpisane w żydowskie losy.

fot. National Photo Collection of Israe
fot. American Colony Jerusalem

Autor

  • Łukasz Tomasz Sroka

    (ur. w 1979 r.) – historyk, profesor nauk humanistycznych, infobroker. Przewodniczący Rady Dyscypliny Historia Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Członek m.in. Komisji Historii i Kultury Żydów Polskiej Akademii Umiejętności, The Association for Israel Studies (Londyn). Członek Komitetu Nauk Historycznych Polskiej Akademii Nauk. Od 2022 r. przewodniczący Komitetu Opieki nad Zabytkami Żydowskimi w Krakowie, kurator naukowy Muzeum KL Plaszow. Opublikował m.in. książki: „A Man of Success in the Land of Success. The Biography of Marcel Goldman, a Kracovian in Tel Aviv”, „Polskie korzenie Izraela. Wprowadzenie do tematu. Wybór źródeł”, i ostatnio „Tel Awiw. Nowoczesne miasto starożytnego narodu”.